Translate

niedziela, 19 listopada 2017

721.11.2017 Jadę ale nie dojeżdżam

Postanowiłyśmy z Rozamundą w niedzielę odwiedzić M. Wiadomo kogo moga odwiedzić w dzień wolny po tygodniu pracy, dwie chwilowo uwolnione od mężów kobitki.
Musi to być koleżanka / kuzynka,  która nadmiernie rodziną nie jest obciążona. Padło na M. Rozwiedziona, synowie nie "przy piersi".
     M. miała z nami ochotę zobaczyć w Zamku wystawę prac Fridy Kahlo. Pomysł upadł. Na "Fridę" trzeba przeznaczyć co najmniej dwie godziny - 50- minutowy film o życiu artystki i zwiedzanie wystawy. Wybieram sie tam w grudniu z seniorami z Dobrze Trafiłes, bo UMiG opłaci przewodnika po wystawie, a nic mnie tak nie cieszy jak fachowiec prowadzący staruszki za rękę po artystycznej niwie... W końcu M. zrozumiała, że najlepiej jak przyjedziemy z Rozamunda do niej.
     Pierwszy sms od R. dotyczył godziny wyjazdu z Dobrze Trafiłeś. Siedziałam z Gigi w kawiarence Świeczkowskiego na herbatce z kawałkiem amerykańskiego ciasta [ muszę zapytać Lois, czy znany jest jej wypiek z warstwą budyniu pod owocami i kruszonką,  na kruchym cieście !], po Mszy świetej of course...obiecałam, że dam znać Rozamundzie po zjedzeniu obiadu.
Gdy wylizywałam talerz po duszonej cukinii, Rozamunda poinformowała mnie smsowo o swojej gotowości do wyjazdu, co znaczyło, że jej dorośli synowie zostali nakarmieni.
     Zmyłam naczynia po obiedzie [ maszynę używam "po gościach" !!] i napisałam do R. "Jest 15.30, wyjeżdżam z domu. Prosze podaj adres M."  Oczywiście u M. byłam razy kilka, ale nazwy ulicy nie pamiętam, ten Łazarz, to dla mnie dzielnica, nie do końca rozpracowana...Ulice jednokierunkowe, to jakiś nowy szał w Mieście Stolicy Województwa - trzeba wiedzieć jak namierzyć dom koleżanki , by w okolicach Starego Rynku, obrać właściwy kierunek jazdy...
    Cisza. Zero kontaktu z Rozamundą przez najbliższe kwadranse. Młoda jeszcze, po 50-tce, mąż 11 lat starszy, teraz zachwycona dietami Jerzego Zięby,  a ten reklamuje się w internecie jako hipnoterapeuta kliniczny, uznawany i edukowany w "akademiach" Australii i USA. Musiała zmienić plany...
Po godzinie i trzydziestu minutach Rozamunda zadzwoniła:
   - Jedziesz ? Gdzie jesteś ?
   - Nie pamiętam adresu, przeczytałaś sms ? - spokój niedzielnego popołudnia mnie nie opuszczał. Kolejny brzozowy klocek, płonął w kominku...
   - Przeczytałam, że wyjeżdżasz.
   - A prośbę o podanie adresu ?
   - Pewnie nie napisałaś, zaraz sprawdzę tego smsa. Czekamy, przyjeżdżaj ! - Rozamunda rzuciła słuchawkę.
Co jeden marny hipnoterapeuta, może zrobić z kobiety na odległość...A gdyby mieszkał tuż za miedzą, w Dobrze Trafiłeś ? Strach sie bać !!

sobota, 18 listopada 2017

720.11.2017 Spotkanie z autorką

Zauważam wielkie ożywienie wśród pracowników bibliotek publicznych, na polu organizowania spotkań z twórcami wszelkiego kalibru.
Wrażenie mam ostatnio takie, że wystarczyłoby namalować na kartkach bloku rysunkowego kilka obrazków, "strzelić" kilka foci psiapsiółce na cmentarzu Łyczakowskim, czy napisać sześć wierszyków, dać do zilustrowania koledze z kółka plastycznego w osiedlowym domu kultury - i można błagać panią z najbliższej biblioteki o zoarganizowanie spotkania z "twórcą"...
     Skromną przesadnie nie jestem, choć pokorę ćwiczę bezustannie, ale żeby tak od razu uważać się za twórcę ??
Pewna pani urodzona w średniej wielkości mieście w Wielkopolsce, ukończyła polonistykę, a później studia filozoficzne, bo pewnie dając uczniom do wyboru - lekcje religii i etyki, oprócz katechetów, warto zatrudnić w szkole filozofa, bo jakoś tak etyka, nie za bardzo...
Polonistów znam różnych, kto szkoły nie lubi może zostać groomerem, a kto nauczanie uwielbia, by nie być zagrożonym zwolnieniem z punktu edukacyjnego, warto trafić w jakąś niszę i wypełnić ją swoim ciałem i umysłem.
Autorka tomika opowiadań, z którą Opatrzność mnie zetknęła w bibliotece na osiedlu, tak właśnie kombinowała ...i słusznie. Pozbawiona kompleksów mężatka, której mąż chętnie robi zakupy i jeszcze gotuje plus jedno nastoletnie dziecko, coraz samodzielniejsze, pozwolili jej rozwinąć pasję literacką. Pozbierała kilka historyjek z życia koleżanek, okrasiła wspomnieniami pani, która "zawodowo" na cmentarzu zajmuje sie grobami drogich zmarłych, ludzi, którzy maja ciekawsze zajęcia, niż zapalanie zniczy [ tu jest miejsce na upust mej niechęci do producentów lampek, świeczek i wkładów olejowych do lampionów ]. Jedno z opowiadań, by facetom też można sprezentować tomik na imieninki, tyczyło współczesnych męskich singli.
     Na spotkaniu autorskim "matka" tomiku opowiedziała o genezie każdej opisanej historii, wypowiadała sie swobodnie, przyjemnie się na nią patrzyło, stwierdzam to odważnie, gdyby ktoś na ten blog trafił przypadkowo i myślał, że Karuzela jest mężczyzną. a nie jest.
Zapytano polonistkę/ filozofke, czy nosi w sobie pomysł na coś wiekszego w formie i treści.
Tak, tak...
Powiało grozą. "Pani z biblioteki", która należy do Związku Literatów i "popełniła" już kilka książek dla dzieci, nie odmawiając zaproszonej prozaiczce talentu i odwagi, próbowała naświetlić różnice miedzy przelaniem na papier przypadków życiowych koleżanek, a wielowątkową [ wiele to trzy, czy więcej ?] powieścią. Karuzela pośpieszyła na pomoc pani A. wspominając Nobel literacki dla Alice Munro, za opowiadania właśnie...
     Ale klamka zapadła, powieść bedzie. Ale Karuzeli na spotkaniu z autorką już nie...

czwartek, 16 listopada 2017

719.11.2017 Kalendarze adwentowe

Celestyna, moja Mama, osoba dyskretna i delikatna "zasłużyła sobie" w latach 50-tych i 60-tych ubiegłego stulecia, na przyjaźń i dopuszczenie do sekretów pewnej sąsiadki, matki dwóch córek i żony wstretnego faceta zwanego w mojej rodzinie Grzybem.
     Pani Angelina, córka artysty / rzemieślnika, posiadajacego studio w Berlinie, odebrała przed II wojną światową staranne wykształcenie, nie wyłączając umiejetności gry w tenisa ziemnego i pływania stylem klasycznym, z braku czasu [ wybuch wojny!], uwieńczone niemiecką maturą.
Polscy rodzice pani Angeliny [ nosili typowo polskie nazwisko i zawsze czuli się Lachami] z trójką dorosłych dzieci po wojnie osiedlili się w Mieście Stolicy Województwa.
 Angelina po ślubie z Grzybem, trafiła do Miasta nad Trzema Jeziorami, B. Junior poleciał do Stanów Zjednoczonych, ożenił się z Leokadią, które póżniej "funkcjonowała" jako Lee, Jan zwany zawsze Hansem prowadził z ojcem atelier.
     Rodzina rozrzucona po świecie , wspomagała familię Grzyba, stąd moje wczesne obeznanie z wytworami amerykańskiego, niemieckiego i szwajcarskiego przemysłu lekkiego. Bogata rodzina słała głównie "uprzyjemniacze" codziennego żywota za żelazną kurtyną. Pani Angelina na pewno nigdy sie nie skarżyła na życie z Grzybem, a ciotuni ze Szwajcarii w głowie się pewnie nigdy nie ulęgło, ze brakuje krewnym masła a nie czekolady z mleka alpejskich, fioletowych krów.
     Przepraszam, jeden raz Szwajcarka wykazała sie empatią i zapakowała do paczki cały strój pierwszokomunijny dla mojej rówieśnicy B. - sukienkę ze stosowną halką, bieliznę osobistą, białe buciki i rajstopy i koronkową torebeczkę...Ale najfajniejszy był krótki welon przypiety do wianka/ obręczy z białych kwiatów !
Nie pamiętam, czy B. miała to cudo na głowie w uroczystym dniu, ale w pudełku po butach, w którym trzymaliśmy zdjecia różne [ rodzinne zdjęcia, wklejane były do albumów - te czarne "narożniki" ! ] na focie pierwszokomunijnej B. został utrwalony szwajcarki welon !
Nie jestem pewna, jakiego pochodzenia były kalendarze adwentowe, które docierały do Miasta Nad Trzema Jeziorami, ale pani Angelina jeden z kalendarzy [ a otrzymywała w paczce zawsze dwie sztuki, dla każdej z córek] zawsze dawała nam: Matyldzie i Karuzeli. Kolorowy malunek z 24-rema okienkami, które  każdego dnia z rana otwierałyśmy z Matyldą na przemian.
Nooo oprócz tego roku, kiedy coś/ ktoś mnie podkusił, by otworzyć wszystkie okienka jednego popołudnia. Na początku mej znajomości z kalendarzami adwentowymi, okienka kryły rysunki zabawek i aniołków, z kulminacją kolorowej choinki 24-tego grudnia. W latach późniejszych każde okienko "zawierało" małą czekoladkę.
Nasze małe córki zawsze czekały na Boże Narodzenie z kalendarzem z okienkami. Albo Uczony  miał prawo do "mienia przesiedleniowego" i zakupów w Baltonie i był z nami, albo przysyłał paczkę, gdy "świętował" sam i stać go było na wysłanie paczki, a nie wysłanie swego ciała samolotem, na święta do Polski...
      Kalendarze adwentoweych budzą we mnie wspomnienia radosnego oczekiwania i magicznego trochę czasu...Nie kupowałam ich już wiele lat, bo nie było takiej potrzeby. Wczoraj blisko kasy w portugalskim markecie otarłam sie o karton z kalendarzami. Wybrałam jeden. nie patrzyłam na cenę, sprawdziłam ją dopiero na paragonie w domu. Moje cudo z dzieciństwa zawiera w XXI wieku czekoladowy  75 -gramowy "wsad" za niecałe 3 PLN. O tempora !

środa, 15 listopada 2017

718.11.2017 Knajpka z prawdziwymi Włochami znów w Dobrze Trafiłeś

Moja słabość do Włoch i włoskiej kuchni znana jest Uczonemu i kilku znajomym od dawna.
Specjalnego entuzjazmu to nie budzi w otoczeniu Karuzeli... Uczony, który od dawna w tym stadle małżeńskim jest kimś na kształt i możliwości Morawieckim Juniorem, to zrozumiałe...
     Zaś otoczenie Karuzeli to koneserzy [ i koneserki] lotów najwyższych, kuchnią włoską znudzeni, którzy Italię zjeździli wzdłuż i wszerz, jeszcze w czasach gdy pilgrzymi sypiali po szkołach, salkach przykościelnych lub campingach, a pod błękitnym włoskim niebem  na polach namiotowych pichcili  lazanię i cannelloni ze szpinakiem [ wersja wegetariańska !].
 Nawet wczoraj żona pewnego policjanta [ kiedyś funkcjonariusza milicji obywatelskiej] pochwaliła się Karuzeli, że we Włoszech była już sześć razy i w związku z tym...
     I tak, z radością, że znajomy Włoch Mauro, otwiera w spółce z drugim Italiańcem, w odnowionym centrum handlowym ETC w Dobrze Trafiłeś knajpkę, Karuzela pozostała sama. samiuteńka jak palec.
Na fb jest stronka knajpki. Karuzela napisała krótko: " Jadę do Was na rowerze..."
W środe po mękach bridge [ użycie określenia "męki" to taki rodzaj perwersyjnej kokieterii: zauroczenie bridge nie słabnie, nauczyciel Marcin nie traci zapału dydaktycznego i gramy już przy dwóch stołach z tymi samymi rozdaniami, które później są omawiane !], wsiadłam pod Centrum Aktywności Seniora na swój oznakowany dwuślad niderlandzkiego pochodzenia i nie zakładając czerwonego beretu, tylko okręciwszy szyję niemłodą karminowym szalikiem pomknęłam w stronę ETC. Knajpka " na ukończeniu". Otwarcie pod koniec listopada.
     Na ladzie barowej siedział Mauro, roiło się od Włochów, ten obsługujący stronkę na fb rzucił w moją stronę z cudnym akcentem: " Odpisałem ty, że zapraszamy i ciekamy"...
I jak tu nie lubić listopada w Dobrze Trafiłeś !

wtorek, 14 listopada 2017

717.11.2017 Znakowanie rowerów w Dobrze Trafiłeś

Mam do własnej dyspozycji [ nie muszę się z nikim dzielić, a co !] kilka rowerów, ale żaden z mojej "stajni" rumak dwukołowy nie jest oznakowany. Ból.
     Po piątkowym seansie filmowym, pani Dominika, oddajaca swój czas i serce emerytom z Dobrze Trafiłeś, poinformowała, że w poniedziałek na placu Niezłomnych policjanci będą znakowali rowery. Akcja zostanie powtórzona w środę przed świetlicą w Zalasewie. Haczyk został przeze mnie połknięty...
W środowe przedpołudnia nadal przygotowuję się do turniejów bridge, nie wznosząc się nad poziom grupy emerytów, ale w poniedziałek nie mówię nie...
     No i rower, mój ulubiony city bike, holenderskiego pochodzenia [ firma Boguś z Dobrze Trafiłeś, sprowadziła go specjalnie dla mnie kilka lat temu, ciężki ale stabilny i trudno go "uprowadzić" spod sklepu, pod moją nieobecność], został oznakowany przez pana policjanta. "Flepy" władza wypisywała w ciemnym korytarzu Centrum Aktywności Seniora, więc miałam okazję rozjaśniać półmrok, moją cudowną, zieloną latarką dynamo [ ze stacji BP, o kurcze ja ciągle coś reklamuję !].
     Moją latarką zainteresował się pan Tomek, człowiek pogodny, ciekawy życia i niezwykle kontaktowy, aczkolwiek należący do grupy młodych osób specjalnej troski... Znam go z imprez miejskich, organizowanych przez UMiG i tu rodzi sie pod rudą grzywka pewna myśl...
     Jeśli właśnie pan Tomek i Karuzela uwierzyli, że znakowanie dwuśladu, zapewnia jakąś jego ochronę, to może nie jest to tylko marzenie... to jest bardzo prawdopodobne!! Ale jedno jest pewne. Pan Tomek i Karuzela, na pewno należą do klubu niepoprawnych marzycieli...

716.11.2017 Patriotyczna gra miejska

W naszej parafii,  członkowie [ no nie wszyscy!] Domowego Kościoła i harcerze ze szczepu  "Dukt", już po raz drugi [ debiutowali w 2016] zorganizowali grę miejską.
Podziwiam ludzi, którzy z entuzjazmem podejmują się  trudu, by inni mieli z tego frajdę.
     Czytałam kiedyś w Stanach wywiad z nastolatką, którą zapytano też o plany na przyszłość,  co chciałaby osiągnąć w życiu.  Mówiła o studiach, szczęśliwej rodzinie i tak po prostu, chciała być "przydatną dla swego otoczenia "...
Myślę, że w moim sąsiedztwie, sporo jest ludzi "przydatnych" dla innych.
Bo na początku, przed grą, zaproszony historyk z dwiema mapami opowiadał o zaborach, I wojnie światowej, uzyskaniu niepodległości. Pytał starsze dzieci, naprowadzał, wyjaśniał.
Po rejestracji zespołów [ była właściwie wcześniej przez internet, by uwzględnić wiek dzieci przy zróżnicowaniu trudności zadań ], odebraniu "mapy" i pakietu poleceń grupy ruszyły w teren.
Umówiłyśmy się wcześniej z Mother of 5, że wystartujemy jako "Rychłe Poranki" z trzema najstarszymi chłopakami. Do"Rychłych Poranków" dobił jeszcze Father of 5 i mamusia z rówieśnikiem Prota, której pozostałe potomstwo [ w liczbie trzech] albo było w innych zespołach, albo pozostało z ojczulkiem w domu.
Moim wkładem w imprezę patriotyczną [ ciała tknietego upływem czasu, nie liczę] był stosik kanapek indywidualnie zapakowanych w folię aluminiową. Do przygotowania  sandwiches użyłam produktu polskiego[ tu będzie reklama !] z Kosowa, poczta Moszczenica, o wdzięcznej nazwie " Sałata mix", który to produkt polecano przechowywać [ oryginalne polecenia !] w świetle dziennym [ najlepiej na parapecie], podlewać w miarę potrzeby - liście sałaty nadal rosną !
     I tak w polski Dzień Niepodległości, przyszła do mnie Ameryka ! Jako mix sałatowy !
Z opisem[ bo drugi sposób przechowywania : przechowuj w lodówce jak inne warzywa] dokładnym do bólu, bez nadwyrężania szarych komórek własnego mózgu...
Kocham ten świat !
A patriotyczna gra miejska zakończyła się biesiadowaniem w parafialnej świetlicy i obdarowaniem każdego uczestnika wylosowanym upominkiem. W poniedziałek poświąteczny, Mother of 5 przyniosła "wygrany" przeze mnie [ nie uczestniczyłam w biesiadzie by Uczony nie zjadł z tęsknoty za żoną wszystkich świętomarcińskich rogali, jeszcze ciepłych gdy Karuzela wiozła je z cukierni przed grą] w drodze losowania kartonik z zawartością. Filiżanka z wygiętym fantazyjnie talerzykiem i czarnym wizerunkiem mostu świętego Rocha...Piękne wspomnienie gry na 99 lat wolnej ojczyzny !

sobota, 11 listopada 2017

715.11.2017 Gdy nagle nie masz już psa

Teofil jest naszym sąsiadem, też jego zabudowana działka graniczy "z polem". Oboje z żoną kończyli te same studia [ nie sprawdzałam tej informacji, ale myślę, że tak] i prowadza działalność we własnym domu. Zatrudniają jeszcze dwie panie, Teofil zajmuje sie kontaktami z klientami, żona zwykle jest na miejscu.
To mój ulubiony sąsiad: angielski humor w słowiańskim wydaniu, brak pośpiechu, chęć na pogawędke przy płocie o każdej porze roku. Bo Teofil, jak tylko sięgam pamięcią, miał jakiegos psa, którego regularnie wyprowadzał...
     Od "strony pola" czasem pies biegał bez smyczy, Przylaszczkową zawsze na uwięzi. Wczoraj zbierałam przed domem liście, które spadły z naszej Betula Pendula Youngii i te które "dowiał" od sasiadów w nocy wiatr. Moja aktywność jak zwykle,  łaczyła się z terminem wywozu śmieci.
Teofil szedł wolno ze spuszczoną głową.
   - Rzuć papierosy, kawkę sobie strzel z rana, humor sie tobie poprawi - zagadałam mało inteligentnie.
   - Nie jadłem śniadania, nie zaczynam od kawy. Straussa już nie ma.
   - Nie żyje ? - nie przepadałam za smokiem, który w postawie na dwóch łapach siegał mi do głowy i lubił obwachiwać miejsca, na które perfumami nie psikam wychodząc z domu.
   - Coś z żołądkiem, nie ma go.
Będąc w szkole podstawowej straciłam psa, którego siostra przywoływała, będąc po drugiej stronie ulicy. Wtedy Kima potrącił motocykl, Gdy martwego zakopywaliśmy pod jabłonką na działce, wyraźnie widać było przerwany kręgosłup. Płakałam cały dzień, stawały mi przed oczyma wszystkie zabawy z moim czworonogiem, wyprawy do lasu, jazdy na rowerze z koszykiem na kierownicy - wydawało mi sie wtedy, że wszystkie dzieciaki świata, zazdroszczą mi tego psa. Już nigdy później nie miałam takie wrażenia, że kończy się coś bezpowrotnie, że już nic nie będzie takie samo, jak dotąd...
Po stracie zwierzaka można cierpieć w każdym wieku.